W tym momencie zaczyna mocno padać. Krople na twarzy ostre, prawie jak grad - idziemy niestety pod wiatr. Zaczyna nam chlupać w butach. S. stwierdza: można napisać pracę magisterską na AWFie, o tym jak przemoknięte buty wpływają na sposób chodzenia”. Przestaję robić zdjęcia, nawet z rękawiczek już spływają mi strumienie. Łapiemy ścieżkę, gubimy, znów łapiemy... Na mapie odznacza się przerywaną linią. Tropimy każdy ślad, odcisk buta, zadeptanej gałązki wrzosu, położonego źdźbła turzycy. Wdrapujemy się na Lugduff - jest szczyt, znowu cairn, czyli kupka kamieni - ale nie mamy ochoty na postój, zdjęcia, zebranie myśli. Brniemy dalej, przemoknięci i zmarznięci. Dopiero, gdy docieramy do skrzyżowania z Miner’s Way a potem Wicklow Way, oddycham z ulgą.
Conavalla
Schodzimy stromo w dół, po znajomych już kamiennych schodkach. Mijam uśmiechnięty tron” z pniaka. Kolana dają o sobie znać. S. ma przemoknięte spodnie. Rwa kulszowa, dna moczanowa, reumatyzm - opowieści o różnych schorzeniach naszych bliskich i dalszych znajomych... Koło wodospadu postój na potrzeby fizjologiczne i zdjęcia. Droga asfaltem z powrotem do samochodu przyjemna, szybka i jakby cieplej nam trochę, przestało padać. W zachwycie wskazujemy sobie wodospady, staczające się białą pianą z klifów, nad którymi szliśmy. Dolina Stu Wodospadów - tak ją dzisiaj ochrzciliśmy. Wrócimy tu jeszcze? Nie wiem, obiecuję S. wejście na Lugnaquillę, ale z innej strony. Dochodzimy do samochodu, przebieramy się w suche ubrania, wylewamy wodę z butów, dopijamy herbatę i kawę z termosów... Miły akcent na koniec: widzę skaczącego w górę pstrąga, jakieś pół metra nad taflą, tuż za brodem. Radość życia!
Rozglądam się za szczytem i - jest!!! Mała kupka kamieni, dokładnie taka, jaką widziałam na zdjęciu Google Maps! Wydaję okrzyk radości i tryumfu. Wspaniałe uczucie, wiedzieć że się doszło, doprowadziło do punktu zamierzonego. Ale... to dopiero 1/4 wyprawy! Skręcamy w prawo, żeby zejść inną trasą. Włączam nawigację w telefonie, bo łapiemy sieć. Natychmiast ładuję mapkę- i widzę że skręciliśmy za wcześnie! Kawałek wracamy. Wchodzimy w kosmiczne, nieziemskie krajobrazy. Mgła, czerń, zieleń i czerwień. Trochę też srebra, na kamieniach i kałużach. Idziemy kanionami, łąkami, wrzosowiskami...
Droga idzie w lewo, ścieżka prosto: sprawdzam na mapie, którędy iść. Wybieramy drogę, bo i tak wraca do ścieżki. Oszczędzamy buty (i tak nam potem przemokną) i siły. Na chwilę z chmur wyłania się Camenabologue - jest tak stroma i pełna majestatu, że budzi podziw. Zakręcamy u szczytu drogi - przechodzimy na drugą stronę doliny, nie idziemy drewnianymi kładkami, bo one prowadzą na inny szczyt. My teraz obchodzimy Conavallę, szukając dogodnego wejścia. Dolinę widać z góry - o, tamtędy wchodziliśmy - na chwilę się rozjaśnia. Szybko, zdjęcie, dopóki dziura w chmurze! Droga drwali się kończy, dalej mokra ścieżka. Ślady ludzkie wyraźne, ale czasami giną wśród mokradeł. Na razie wiemy jedno: w górę! Jesteśmy już ponad klifami, przez chwilę widać dramatyczne żółtobrązowe łąki.
Idziemy jakimś wąskim grzbietem, prawdopodobnie starym kamiennym wałem, ale przynajmniej tu w miarę sucho. Dochodzimy do wrzosowisk, grzbiet się rozmywa, teraz już pod górkę na azymut. Zaczynają się wyłaniać wzniesione torfowiska, raised bogs albo lazy beds, czarne kopczyki porośnięte od góry trawą i wrzosem; kto nie widział ten nie potrafi sobie wyobrazić, krajobraz jak z innej planety. Zarządzam piknik. Chowamy się od zawietrznej, za jednym z takich kopczyków. Dobrze, że deszcz taki miękki, łagodny, a nie ulewa”- konstatuje S. Wypluj to!”- wyrzucam, tknięta przeczuciem. Ten lunch to był ostatni taki spokojny moment.
Sam bym się tu nie ładował - mówi S. Sama bym się tu nie pakowała - odpowiadam. Jest nas dwoje. Jesteśmy zgodni: to nie mogła być samotna wyprawa. W taką chmurę, gdzie łatwo się zgubić. Widoczność bardzo słaba: widać tylko ziemię i trawę w promieniu może 10 m?
Dolina Stu Wodospadów
Tam byliśmy!
Zaczynamy od parkingu Baravore. Jak najdalej w dolinę, żeby jak naszybciej być jak najwyżej, jak najbliżej szczytów. Jest połowa października. Wchodzimy drogą szutrową. Napotykamy sikającego, który wyszedł z camper vana, którym tu dojechał przez bród na rzece. Spłoszył się i schował szybko - to ostatnia ludzka dusza, którą spotykamy. Dalej w górę Avonbeg: fotografujemy spływające do niej wodospady i strumienie. Koło jednego - dwie białe kozy i czarny kozioł! Ruchoma plama bieli na tle kolorowych liści... ale za daleko, po drugiej stronie doliny, i nie da się uchwycić na zdjęciu telefonem. Gdyby tak mieć aparat z dużym obiektywem... to było by ciężko go nosić ;)
„Najmokrzejsza góra w okolicy” :)
W dół, w górę, musimy te kaniony przekraczać. Nie ma żadnej ścieżki, poza zwierzęcymi, które przecinają nam trasę. Jedna lania spłoszona skacze, jeden zająć śmiga spod nóg - poza pole widzenia. Robię znak krzyża. Boże nie daj nam zginąć, jeszcze nie dzisiaj... zdaję sobie sprawę, że nikomu nie powiedziałam, dokąd idę. W razie czego mąż namierzy mój telefon... Zawsze jest element zwątpienia, niepewności. Nagle - pokazuje się przełęcz (siodło, col) i fragment zbocza. Tylko moment, ale wystarczy, żeby wiedzieć, w którym kierunku iść.