loading-indicator

LOADING

loading-indicator

LOADING

loading-indicator

LOADING

loading-indicator

LOADING

Grudniowa zieleń
Lovers’ Leap nad rzeką Dargle
W rocznicę ślubu umówiliśmy się na spacer. Mąż mówi: zabierz mnie tam, gdzie nie ma ludzi. Faktycznie, lockdown i Święta sprawiły, że zarówno plaże jak i wszystkie lokalne parki są nieprzyjemnie przeludnione... Ale od czego mamy mapy??? Tam gdzie nie ma ulic, nie będzie ludzi. Czyli... nad rzekę!
Zaparkowaliśmy w Powerscourt, bo tam parking jest bezpieczny i darmowy, chociaż ludzi sporo. Ale piękny widok na Great Sugarloaf, gdy szliśmy w stronę bramy (nie wspominając o okienku z gorącą czekoladą, i toalecie, i sklepie z cudnymi wyrobami Avoki). Trochę cywilizacji jednak musi być... ale już za bramą, 50 metrów w prawo, tam gdzie zdaje się jest tylko wjazd do jednego domu, moje wprawne oko znajduje ścieżkę zaznaczoną na mapie, wzdłuż rzeki Dargle. I oddalamy się od hałasów, samochodów, ludzi. Witają nas...
towarzyszki mućki :)
Jest cicho, wąsko i zielono. Mimo, że pada dość gęsty deszcz, czujemy się chronieni przez zieleń. Cudowne stare drzewa, buki, dęby, olszyny, jesiony. Woskowane liście rododendronów- tu musi być kolorowo w kwietniu! Rosną również bambusy- strzelam sobie z nimi selfika... bo faktycznie czujemy się trochę jak w tropikach. To nie jest dzień dobry na szczyty gór, ale znakomity na spacer wśród krzewów i grudniowej zieleni! Znajdujemy malowniczą ruinkę, porośniętą lianami i poskręcanymi gałęziami, ślady furtki czy bramki.
BAMBUS!
Docieramy do celu wyprawy: zaznaczonych na mapie skałek. Lovers’ Leap, to wcale nie „okrążenie” kochanków, jak niektórzy tłumaczą językiem sportu- tylko „skok”... gdy się rodzice nie zgadzali na ślub, to kochankowie przychodzili tu rzucać się ze skały. Prawda czy nie, dzisiaj są tu wytyczone trasy wspinaczkowe, można znaleźć w internecie ich opisy. Skałka wznosi się jakieś 100 metrów ponad korony drzew, a dołem płynie rzeka Dargle, która teraz zimą naprawdę pieni się i huczy groźnie. Całkiem wyraźnie słychać jej spieniony nurt, gdy się stoi na szczycie skały. Nie podchodzimy do samego brzegu, bo już i tak serca nam mocno biją z emocji...
Chętnie tam jeszcze wrócę, i spróbuję wejść pod skałkę. Albo przyjrzeć jej się z drugiego brzegu, bo na mapie jest zaznaczona ścieżka po drugiej stronie. Może wiosną? Przyznam, że wrażenia mam podobne, jak po spacerze w Devil’s Glen- tylko tutaj nie trzeba długo ode mnie jechać! Zdecydowanie jest też mniej ludzi. Podczas całego spaceru spotkaliśmy ledwie 5 osób... i kilka psów :)